Rabatowy sponsoring – ugryź rękę, która Cię gównem karmi

Tekst: Rafał Wypiór www.frowerpower.com

Rabatowy sponsoring

 

W oczekiwaniu na oficjalną prezentację teamu FroPro w strojach zaprojektowanych na sezon 2012 uprzedzamy, że na jerseyach nie znajdziecie logotypów sponsorów. Nie dowiecie się od na s także, w jakich ochraniaczach, kaskach itp. będą jeździć nasi zawodnicy i jakich rowerów dosiądą. Chętnie byśmy to zrobili, bo żadna dyscyplina sportowa nie ma szans na rozwój bez zaplecza biznesowego oraz sponsorskiego wsparcia. Ale właśnie dlatego – dbając o powstanie warunków do trwałego, systemowego rozwoju downhillu, a nie tylko chwilowych podrygów, które równie dobrze mogą się okazać konwulsjami w agonii – postanowiliśmy odciąć się od, niestety aż nazbyt popularnego w naszym kraju, procederu załapywania się na sponsoring rabatowy. Zapewne wiecie, o czym mowa, ale dla jasności wyjawimy, że chodzi o sytuację, gdy zawodnik otrzymuje od producenta, dystrybutora lub dealera rabat na zakup sprzętu w zamian za promowanie jego marki, charakterystyczne dla układu sponsorskiego. Zwykle działania promocyjne obejmują ekspozycję logotypów na jerseyach, w przestrzeni internetowej oraz na teamowych samochodach i namiotach, a ponadto prezentację, czy wręcz zachwalanie użytkowanego sprzętu, a nawet publiczne określanie producenta/dystrybutora/dealera mianem sponsora. Za podobne zjawisko, zasługujące na analogiczną ocenę, uważamy współpracę, w której, owszem, zawodnik otrzymuje sprzęt za darmo, ale wartość darowizny ma się nijak do nakładów, jakie sam ponosi, by przygotować się do startów i wziąć udział w zawodach.

Ugryź rękę, która Cię gównem karmi

Dlaczego od razu gównem – zaprotestujecie – przecież dzięki takiemu wsparciu, jak opisane powyżej, jesteśmy w stanie uchronić swoje nadwyrężone budżety przed kompletną ruiną. Prawda, i chwała Bogu, że zawodnik jest traktowany lepiej niż zwykły klient z ulicy. Ale zastanówmy się, dlaczego tak jest. Zawodnik bowiem, występując publicznie, czasem nawet w mediach, mając swoich fanów czy choćby tylko obserwatorów, śledzących rozwój jego kariery, spontanicznie – przez to tylko, że jest zawodnikiem, promuje sprzęt, którego używa. Zauważcie, że bardzo rzadko zawiera się z takim, sponsorowanym rabatami, zawodnikiem umowę sponsorską. Dlaczego? Ano dlatego, że używając sprzętu zawodnik już realizuje zasadnicze działania promocyjne, bez potrzeby zabezpieczania tychże umową. Dlaczego zatem zawodnicy idą dalej, prezentując na własnej skórze logotypy i budując na własnych plecach wizerunek sponsora. Zaryzykujemy stwierdzenie, że najczęściej robią to, bo tak chcą, bo czują się lepiej, wyglądając jak gwiazdy downhillu, obwieszone logotypami światowych marek. Nawet jeśli producent/dystrybutor/dealer sam tego oczekuje, to przy pierwszym oporze zawodnika gotów jest odstąpić od tego warunku, poprzestając na niosącym podstawowy ładunek promocyjny publicznym ujeżdżaniu sprzętu.Doskonale to obrazuje polityka Gregorio – dystrybutora m.in. takich marek jak Marzocchi, IXS, Formula i Rudy Project, który kosztem li-tylko rabatów (bynajmniej nie udzielanych z własnej kieszeni – nie łudźmy się, rabaty nie są nigdy wyższe niż marża) doprowadził do tego, że w 2012 roku z rozprowadzanym przez nich sprzętem będzie jeździć większość zawodniczych teamów, dumnie prezentując jego marki na piersiach i wygłaszając pochlebne opinie na temat używanego szpeju, na chwałę firmy Gregorio. Natomiast na pytanie: co za to dostaliście, rzekomo sponsorowany odpowiada licytacją na procenty upustu. A przecież w innych krajach, chociażby tylko kilkadziesiąt kilometrów na południe, Mistrz Downhillu może liczyć, że wraz z takim na przykład kaskiem otrzyma gotówkę za to, że w nim jeździ. Też by się tak chciało, co? Ale nic się nie zmieni, jeśli wciąż będą zawodnicy, gotowi całować takiego pseudosponsora po… ręce. Dlatego dla przykładu postanowiliśmy ugryźć rękę, która nas gównem karmi i wam radzimy: zróbcie to samo.

Rabacja

Dopiero popularyzując postawę odmowy ubierania się w obce marki mamy szansę wywrzeć presję na producentach/dystrybutorach/dealerach, którzy, nie mając możliwości darmowego pozyskania powierzchni reklamowych, zaczną, być może, o ile im zależy na rynku, który się kręci wokół zawodów downhillowych, przeznaczać na ten cel część swoich zysków. Dlatego drugim warunkiem skuteczności inicjowanej przez nas akcji jest sięgnięcie po bardziej radykalne środki niż wstrzemięźliwość w komunikowaniu rzekomego wsparcia sponsorskiego. Rabacja musi polegać na zakrywaniu logotypów, nawet tych, które wytłoczył na swych wyrobach producent. Zawodnik przestanie być powierzchnią reklamową dopiero wtedy, gdy z jego stroju i sprzętu znikną wszystkie niechciane logotypy, a najlepiej gdy zostaną one zastąpione nową marką – brandem: „no name”. Jak to zrobić? Przed każdymi zawodami zawodnicy FroPro będą zaklejać taśmą klejącą wszystkie marki, które nie zasłużyły na promocję. Powertape nie oszczędzi ram, nakolanników ani kasków, a dzieła dokona mazak, który zamaskuje napisy na oponach.

Trzeba jednak podkreślić, że akcja ta dotyczy tylko publicznych występów, w szczególności imprez sportowych. Na użytek prywatny bowiem każdy może się jarać, że ma takie same ochraniacze, jak jego ulubiony rajder ze światowej czołówki.

Analogicznie jest z amatorami, którzy, tym bardziej jeśli otrzymują rabat przy zakupie sprzętu, mają prawo cieszyć się ze spełnienia swoich marzeń i obnosić z tą radością, tym większą, im bardziej uśmiech wpisuje się w geometrię rozpoznawalnego na całym świecie znaczka. Wszak można założyć, że amator nie jest narzędziem marketingowym, chociaż w obecnej dobie marketingu przez media społecznościowe i z tą tezą można polemizować. Wy jednak – profesjonaliści – na miłość boską, ceńcie się wyżej. Po tym jak się wyceniacie poznają m.in., że jesteście ekspertami.

Co za bzdury – zawołacie – znowu Frower Power sobie coś uroiło. Spójrzcie jednak na braci Wincenciaków, którzy zakleili ramy teamowym: „Biotop Racing”. Uznali, że nie będą robili darmowej reklamy, skoro sprzedawca rowerów ograniczył się do udzielenia im symbolicznego rabatu.

Ambush marketing

Ruch braci Wincenciaków pokazuje istotę zjawiska, które określa się mianem marketingu pasożytniczego. W sytuacji bowiem, gdy zawodnik rozwija się dzięki własnym środkom lub nakładom właściciela teamu, eksponowanie obcych logotypów i to w sposób, który potrafi przyćmić markę własną, jest pasożytowaniem na pracy i środkach autentycznych sponsorów. Pal licho jeśli dzieje się to za sprawą sprytu i inwencji rzekomych donatorów, jak to ma miejsce obecnie z podszywaniem się pod sponsoring EURO 2012 takich firm jak Tyskie czy Media Markt. Jeżeli jednak to my sami maskujemy tych, dzięki którym jeździmy (naszych rodziców, menedżerów teamu, czy wreszcie własną krwawicę) a hołubimy tych, którzy w nikłym stopniu dołożyli się do naszego budżetu i to nie z własnych środków, ale jedynie rezygnując z części zysku na nas, to jest naprawdę źle, i to nie z downhillem, ale z nami.

źródło : www.frowerpower.com/index.php/aktualnosci/149-rabacja-rabatow

Skomentuj

Komentarze