OKIEM CYKLOPA: Kiełbasożercy i ogary – czy ęduro jest bez spiny?

Ona i on, są jak Romeo i Julia z szekspirowskiej tragedii o dwóch zwaśnionych klanach Montecchich i Capuletich. Ona kocha poranne mgły snujące się w górskich dolinach i nieskalane wąskie single spadające stromo ze szczytów. On jest uzależniony od rywalizacji i kiedy zegar tyka, oddycha pełną piersią eliminując kolejnych przeciwników na trasie zawodów. Nie wrzucają na ‘fejsa’ zdjęć ze wspólnych rowerowych przejażdżek, ze swoją miłością kryjąc się przed bacznym okiem pobratymców. Czy ich wielka miłość połączy skłócone od wieków rody „Pożeraczy Kiełbas” i „Wściekłych Ogarów”?

Ona i on, czyli ying-yang w górskiej scenerii.

Ona i on, czyli ying-yang w górskiej scenerii.

Dawniej ęduro-życie było proste. Jedna wielka, miłująca się rowerowa wspólnota. Jedyny słuszny internetowy portal informacyjny, wąskie grono wtajemniczonych, przyjaźń i braterstwo, pot i krew – profani nie mieli tam wstępu. Herb rodowy (wzorowany na dawnych lożach masońskich): „płomień ogniska, kiełbasa i skrzyżowane zaostrzone patyki” podkreślał symbolikę łączącą nierozerwalną więzią członków ęduro-społeczności. Dowód przynależności do grona szlachetnie urodzonych. Niestety jak każda wyidealizowana utopia, tak i ta kolarska wspólnota szerokich opon i wąskich górskich szlaków przeminęła bezpowrotnie.
Oto historia jej upadku.

Zanim pojawiła się niezdrowa ęduro-rywalizacja, która zniszczyła spokojną dotąd rowerową społeczność, wszyscy ślubujący wierność idei ‘enduro’ kultywowali nieomal pogańskie rytuały pieczenia kiełbasy w kulminacyjnym momencie każdej górskiej wycieczki. Brak konsumpcji przypalonego kawałka mięsiwa oznaczał bad juju, straszliwego pecha dotykającego uczestników takiego ęduro-zgrupowania, w postaci solidnej gleby przynajmniej jednego ridera i kilku defektów sprzętowych pozostałych kompanów. Powszechnie uważa się, że zwyczaj przebłagiwania kiełbasą „ducha gór” zapoczątkował Zakon Świętokrzyżowców.

Na ęduro-wycieczkach obowiązywały żelazne zasady kodeksu honorowego: żółwie tempo podejścia na szczyt, przerwa na picie lub kanapkę co piętnaście minut, godzinne zbrojenie się na szczycie w plastikowe ochraniacze całego ciała łącznie z klejnotami rodowymi. Obowiązkowo, rytuał pieczenie kiełbasy. Picie ‘browaru’ nie było już obowiązkowe, szczególnie dla kierowców pojazdów mających po wycieczce rozwieźć jej uczestników do domów lub osób związanych ślubami czystości. Obowiązkowe było natomiast spontaniczne przybijanie ‘piątek’, robienie ‘żółwików’ i objęcia ‘na ruskiego misiaczka’, po każdych przejechanych stu metrach górskiego szlaku. Dzięki tym zasadom, każda – choćby najkrótsza dystansem – wycieczka w góry trwała od rana do wieczora, co wszyscy przyjmowali z zadowoleniem, uciekając w ten sposób od kobiet, dzieci i zgiełku wielkich miast.

Żadne prawdziwe ęduro nie może się obyć bez pieczenia kiełbasy!

Żadne prawdziwe ęduro nie może się obyć bez pieczenia kiełbasy!

Życie rowerowej ęduro-braci toczyło się sielankowo jak w krainie z bajki, nawet towarzyskie spotkania pieszczotliwie nazywane „zlotami” (nazwanymi zapewne od zlotów czarownic na Łysej Górze) przebiegały spokojnie, może poza nielicznymi odnotowanymi wybrykami, kiedy bogobojni endurowcy postanowili choć raz poczuć się jak gwiazdy rocka demolujące Hiltona.

Okazji do wspólnego świętowania nie brakowało, zaczęto organizować z wielkim rozmachem ‘biby’, dla niepoznaki nazywane „zawodami ęduro”. Na szczęście, w tamtych pięknych czasach, nikt się nie przejmował wygraną ani przegraną, uczestnicy tworzyli przecież zgrane i kameralne środowisko, gotowe nawet w ciemno wybrać zwycięzcę takich zawodów, bez ich rozgrywania – każdy wiedział, kto jeździ najlepiej i komu należy się wieniec laurowy na skronie. Liczyło się wyłącznie uczestnictwo i dobra zabawa, szczególnie na tzw. „Szóstym OS-ie”, będącym najwyższym poziomem ęduro-wtajemniczenia.

Nagle jednak pojawili się obcy. Najemnicy prosto z piekła – prawdziwi profesjonaliści, zawodnicy downhillu. Przyjechali nieproszeni, psując święto „zawodów bez napinki” i podstępnie zgarnęli wszystkie trofea w nieuczciwym pojedynku ze zwykłymi amatorami. To wtedy coś pękło, delikatna skorupa przestała chronić idealny świat górskiej przygody i męskich przyjaźni. Bogowie gór sprzysięgli się przeciwko rodowi Kiełbasożerców, zsyłając między ich szeregi coraz to nowe rzesze prawdziwych sportowców, tzw.  „Wściekłych Ogarów”. Ludzkich maszyn, gardzących doznaniami estetycznymi obcowania z wąskimi singlami i krystalicznie czystą wodą górskich strumieni. Jedyne czego nowi przybysze pragnęli to trofeów i nagród. Zamiast piec kiełbasę „Zwyczajną” przy ognisku, podstępne Ogary preferowały jedzenie godne XXI wieku – ery podboju kosmosu i internetowych selfie – żele energetyczne, batony Muesli z węglowodanami i truskawkowe koktajle proteinowe.

Branża rowerowa dostrzegła w tej – początkowo małej – grupie prawdziwych zapalonych rowerzystów wielki sprzedażowy potencjał i przestawiła wszystkie swoje fabryki na mitycznym Dalekim Wschodzie na produkcję ęduro-rowerów, ęduro-części i ęduro-akcesoriów. Na opłakane skutki tej lawinowej popularyzacji ęduro-stylu życia nie trzeba było długo czekać. Sklepy rowerowe, katalogi i czasopisma kolarskie zalała inwazja ęduro-produktów. Reklamy mamiące radosną przygodą i kolorowymi rowerami, ujeżdżanymi przez piękne modelki, działały na męską podświadomość klientów. Wraz z rozbuchanymi działami marketingu wielkich korporacji pojawili się ęduro-heroldowie, zwący siebie dumnie blogerami. Piewcy lepszego ęduro-świata, dla niepoznaki piszący niezwykle przekonujące i wzruszające osobiste ęduro-historie, okraszone kolorowymi zdjęciami z górskich podbojów. Zawsze modnie ubrani, zawsze uśmiechnięci i obiektywnie zachwalający szeroką gamę branżowych produktów od drogich rowerów po kosmetyki i pastylki na przeczyszczenie.

Złote czasy zawodów ęduro-bez-spiny.

Złote czasy zawodów ęduro-bez-spiny.

Ęduro-zawody przestały być radosnymi spotkaniami, gdzie piwo leje się strumieniami a delikatnie przyrumieniona skórka kiełbasy Krakowskiej pęka w ustach, roznosząc po całym ciele słodki smak dymu z jałowca. Kiedy wytarte bluzy i powyciągane szare polary (dominujące kiedyś wśród garderoby Kiełbasożerców) zastąpiły radosne, kolorowe i modne ubrania inspirowane naturalnym upierzeniem papug południowoamerykańskich, wydawało się że ęduro-brać nie będzie musiała się wstydzić swojej starannie wypielęgnowanej stylizacji. Na próżno. Obcy przybysze, łącząc się w klany zwane drużynami, przypominające hierarchią watahy wilków, jeszcze bardziej wyróżniały się wśród uczestników ęduro-zawodów wymyślnymi kostiumami, żywo przypominającymi pstrokate fatałaszki wróżek z cygańskich taborów. Niewinny i spokojny indywidualizm Kiełbasożerców przegrał z zimnym perfekcjonizmem Ogarów. Pokonani i poniżeni, miłośnicy kiełbas oddali pola nieludzkim zawodnikom, chowając się po lasach. Zdesperowane niedobitki nadal brały udział w ęduro-zawodach, których atmosfera przypominała teraz olimpiadę, będącą kwintesencją kultu siły i wytrzymałości.

Co będzie dalej? Czy uda się odzyskać utraconą ęduro-niewinność? Beztroska i luz pierwszych lat zastąpił stres każdego stojącego w bramce startowej, wyraźne napięcie malujące się na twarzach zawodników czekających na swoją kolej. Nawet zwykłe wycieczki w góry nie mają już smaku radosnej frajdy, bo każdy szanujący się ęduro-rider ciśnie na maksymalnym VO2 od pierwszych metrów podjazdu, aż po sam koniec zjazdu z powrotem na parking. Mimo to, niezwykłą furorę zrobił przewrotny hasztag #EnduroBezSpiny, sprytnie maskujący prawdziwą okrutną twarz ęduro-spiny. Rzucony ot tak, od niechcenia, potrafi pozbawić niepotrzebnego zadęcia nawet największą rowerową rywalizację spod znaku ‘enduro’. Jednak jego autorzy, teraz tak ochoczo podsuwający bezstresowy model jazdy na rowerze górskim, sami przez wiele lat  wcześniej ostro spinali ostrogami swoje ęduro-rumaki, wspinając się przy tym na najwyższe medalowe podium. Czy orzeźwienie przyszło z wiekiem? A może jednak coś się zmienia?

Niepostrzeżenie, ęduro-sport przestał być typowo męską przygodą, pełną zapachu testosteronu i przepoconej  bielizny oddychającej. Czy sprawiła to miłość rowerowych Romeo i Julii, mających dość krycia się ze swoim uczuciem przed członkami obu nielubiących się rowerowych rodów? Na razie Kiełbasożercy przestają już groźnie zerkać spode łbów na dotychczasowych rywali – Ogarów, którzy w międzyczasie chyba polubili „suchą krakowską”. Coraz więcej dziewczyn i kobiet porzuca nudne miastowe życie i ogłupiające zakupy w galeriach handlowych, przyłączając się do świata ‘enduro’. Żeński pierwiastek wkradł się w ten męski świat, przebojem i podstępem zdobywając serca i zakute łby ęduro-wojowników. Czy nareszcie zapanuje miłosna harmonia? Czas pokaże, bo przecież najbardziej znana wojna mitologii greckiej wybuchła przez… piękną Helenę.

Kobiecy pierwiastek od dawna zagościł na stałe w redakcji 43Ride

Kobiecy pierwiastek od dawna zagościł na stałe w redakcji 43Ride

 

Skomentuj

Komentarze