Marek Turkiewicz: Chcę po prostu być z powrotem w siodle i czerpać radość z każdej chwili spędzonej na rowerze

Nowy Rok zaczynamy z przytupem, dawką pozytywnej energii. Myślicie, że ból pleców to koniec świata? W takim razie przedstawiamy Wam Marka – człowieka, dla którego brak ręki i nogi nie stanowi bariery do jazdy na rowerze.

Zdjęcie: Piotr Łój

Justyna John, 43RIDE: Cześć, nasz wywiad powinniśmy zacząć od pytania – jak Ty to robisz, że nie mając lewej ręki i prawej nogi jesteś w stanie jeździć na rowerze?

Marek Turkiewicz: Cześć! Przyznam się, że jak oglądam filmy z moich różnych rowerowych przejazdów, to sam się zastanawiam jak, bo wygląda to kosmicznie. Teraz, po 3 latach jeżdżenia z jedną nogą i ręką na temblaku wychodzi mi to już całkiem naturalnie, ale początki były trudne. Ostatnio odkopałem filmy, na których widać, że bez asekuracji nie byłem w stanie nawet samodzielnie ruszyć. Szczęśliwie dla mnie mam fantastycznych przyjaciół, którzy stanęli na głowie, żeby proces powrotu na rower przebiegał najbezpieczniej jak się da, dzięki czemu mogłem stopniowo przełamywać kolejne bariery i szlifować umiejętności. Dziś jestem w stanie wyjść na rower samodzielnie, bez obawy, że utknę gdzieś na trasie.

Czy niepełnosprawność jest następstwem wypadku i czy utrata kończyn miała miejsce w tym samym czasie?

Kilka lat jeździłem też motocyklowe enduro i podczas jednego z wypadów bardzo pechowo uderzyłem w drzewo. Obudziłem się dwa tygodnie później w Centrum Leczenia Urazów Wielonarządowych. Nogi nie dało się uratować, a lewa ręka jest od tamtego czasu całkowicie sparaliżowana z powodu urazu splotu ramiennego.

Czy przed wypadkiem uprawiałeś sporty, w tym kolarstwo?

Oczywiście. Poza wspomnianym powyżej enduro, od dziecka jeździłem na snowboardzie a później będąc już na studiach, przez jakiś czas hobbystycznie trenowałem boks. Poza tym robiłem dużo treningów wydolnościowo-siłowych i chyba dzięki nim dziś jestem w stanie chodzić. Podczas wypadku złamałem kilka kręgów w piersiowym odcinku kręgosłupa i boję się pomyśleć jak wyglądałby dziś mój rdzeń kręgowy, gdyby nie silne mięśnie przykręgosłupowe. To taka mała wskazówka dla wszystkich, którzy uprawiają sporty ekstremalne. Warto zadbać o ogólną sprawność, ponieważ może nas to uchronić przed mniejszymi lub większymi urazami.

Wracając do sportów. Kolarstwo górskie było i na szczęście dalej jest moją największą, sportową pasją. Zacząłem jeździć w wieku 13 lat i stan ten utrzymywał się do 2013 roku. Wtedy miałem wypadek, zaczynałem właśnie 6 rok studiów i moja przyszłość stanęła pod niemałym znakiem zapytania.

Taki wypadek to nie tylko obrażenia fizyczne, ale też ogromny cios dla psychiki, czy rower pozwolił Ci na powrót do „normalności”? Po jakim czasie możliwy był powrót do aktywności fizycznej?

Powrót na rower trwał 5 lat i 7 miesięcy. Był to czas, w którym musiałem nauczyć się żyć w nowym ciele, zaakceptować je i znaleźć rozwiązania jak można obejść fizyczne ograniczenia. To długi i bardzo trudny proces, zarówno fizycznie jak i psychicznie. Oczywiście wizja powrotu na rower była czymś co mnie nakręcało i dawało solidną dawkę motywacji.

Pamiętam dokładnie, że podczas mojego pobytu w szpitalu, świeżo po amputacji nogi obejrzałem clip zespołu Rudimental do piosenki “Waiting all night”. I tam, w tym teledysku jest pokazana historia gościa, który jeździ na BMXie i traci nogę w zderzeniu z ciężarówką. I tak samo jak ja, budzi się w szpitalu krótszy o jedną kończynę a później rozpoczyna walkę o to, aby wrócić do życia. I do jeżdżenia na rowerze. Niestety w moim przypadku, ze względu na rozległość obrażeń, powrót do jakiejkolwiek sprawności był ogromnym wyzwaniem. Przez pierwszy rok nie miałem protezy nogi więc jeździłem, a raczej byłem wożony na wózku. Do tego przeszedłem jeszcze dwie operacje rekonstrukcji nerwów w mojej lewej ręce i spędziłem niezliczone godziny u fizjoterapetów. Później nauka chodzenia na protezie była również niezwykle trudna. Więc tym bardziej powrót do jeżdżenia brzmiał już kompletnie nierealnie. Moja prawa noga amputowana jest na wysokości stawu biodrowego, więc nie mam jak chwycić siodełka. Do tego bezwładna lewa ręka schowana w temblaku bardzo mocno utrudnia sprawę. Ale wiadomo, że nadzieja zawsze umiera ostatnia. Kilka miesięcy po wypadku sprzedałem rower mojemu przyjacielowi, a za pieniądze ze sprzedaży kupiłem ergometr wioślarski. Zacząłem regularnie trenować, żeby zobaczyć na ile da się jakoś ustabilizować mięśniowo moje uszkodzone ciało. Później dołożyłem do tego rower stacjonarny. Okazało się, że na szerokim siodełku jestem w stanie jakoś się utrzymać. I tak pedałowałem oglądając w kółko ten teledysk Rudimental, wizualizując sobie w głowie, że wrócę do jeżdżenia.

Wiedziałem, że rower, na którym będę jeździł trzeba będzie mocno zmodyfikować, ale problem polegał na tym, że nie byłem w stanie znaleźć w internecie żadnego rowerzysty, który miałby wyłuszczenie nogi w stawie biodrowym i tylko jedną działającą rękę. Nie miałem skąd zaczerpnąć inspiracji, co skutecznie odstraszało mnie przed podjęciem jakichkolwiek prób. W mojej głowie ciągle utrzymywała się myśl, że skoro nikt na świecie jeszcze tego nie zrobił, to dlaczego ma się to udać akurat mi? Aż w końcu byłem mentalnie gotowy aby się z tym zmierzyć. I wtedy zadzwonił do mnie mój przyjaciel (ten sam, któremu sprzedałem rower), żeby zakomunikować mi, że kupił e-bike’a. Powiedział, że przeprowadził już wszystkie możliwe symulacje jazdy z jedną nogą i jedną ręką, i że jest przekonany, że jak uda się nam stworzyć odpowiednie dla mnie siodełko, to na elektryku dam radę jeździć.

Czy Twój rower jest w jakikolwiek sposób dostosowany, aby ułatwić Ci jazdę?

Rower ma kilka istotnych modyfikacji, bez których jazda nie byłaby możliwa.

Zacznijmy od rzeczy najważniejszej, czyli siodełka. To całkowicie customowa konstrukcja. Jest to przerobiony fotel od gokarta, odpowiednio przycięty, pokryty żelową wkładką i zamocowany na specjalnej konstrukcji, którą da się przykręcić do sztycy. Dzięki niemu nie spadam z roweru, ponieważ stabilizuje mnie po bokach i z tyłu. Inspirację do stworzenia takiego siodła zaczerpnęliśmy od jednego z amerykańskich zawodników motocrossu, który jeździ pomimo urazu rdzenia kręgowego. Tak na marginesie to jest właśnie potęga internetu. Napisałem do niego na instagramie pytanie, czy mógłby wysłać mi zdjęcia swojego siodła oraz czy ma jakieś potencjalne wskazówki. Kilka dni później otrzymałem odpowiedź ze zdjęciami oraz wiele cennych informacji. Podobne rozwiązanie ma w swoim rowerze zresztą bardzo znany w środowisku rowerowym, Martyn Ashton.

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Kolejnym elementem jest amortyzator skrętu. Jazda z jedną ręką jest bardzo wymagająca więc urządzenie, które stabilizuje kierownicę podczas jazdy po nierównym terenie jest określane przez wielu rowerzystów z podobnym problemem jako “game changer”. I ja się pod tym podpisuję obiema ręk…. no dobra, jedną! Ale szczerze! Pamiętam, że w pierwszym dniu, w którym to zamontowaliśmy, specjalnie wjeżdżałem w każdą dziurę, bo nie mogłem uwierzyć jak dobrze to działa.

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Następną rzeczą są oczywiście hamulce. Szczęśliwie w Hope Tech zlitowali się nad losem jednorękich, rowerowych bandytów i wypuścili hamulec, który ma dwie klamki (w jednej konstrukcji). W związku z czym może hamować oddzielnie przednim i tylnym hamulcem, używając tylko jednej ręki. Wygląda super i działa jeszcze lepiej. 

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Last but not least, czyli pedał. Z dość oczywistych względów muszę jeździć wpięty, bo inaczej nie mógłbym pedałować. Co ciekawe przed wypadkiem jeździłem na platformach i nie miałem żadnego doświadczenia w jeździe z wpinanymi pedałami. I nie będę ukrywał, że byłem przerażony! Dlatego na początku kombinowałem trochę z pedałami na magnes neodymowy, bo jednak łatwiej było oderwać od nich stopę w razie potrzeby szybkiego podparcia. Jednak na dłuższą metę to rozwiązanie nie zdało egzaminu.

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Co podczas jazdy sprawia Ci największą trudność?

Dwie rzeczy. Po pierwsze strome zjazdy. Wynika to z konstrukcji siodełka, która nie pozwala mi przesunąć się nad tylne koło. Wiem, że ten element da się nieco poprawić i w przyszłym sezonie będę nad tym pracował.

Drugą rzeczą są korzenie i kamienie na trasach. Przez to, że podczas jazdy stoję tylko na jednej nodze, pedał zawsze jest w dolnej pozycji. W związku z tym wielokrotnie zahaczyłem już o wystający korzeń, ale szczęśliwie zawsze wychodziłem z tego bez szwanku. Planuję skrócić ramię korby i zobaczyć jak się jeździ np. z ramieniem o długości 130 mm. Może to będzie jakieś rozwiązanie.

Co najbardziej cieszy Cię podczas jazdy?

To jest naprawdę całe spektrum pozytywnych emocji wynikających z jeżdżenia. Wolność, bo mogę pojechać nawet w najdalszy zakątek lasu, który normalnie jest dla mnie nieosiągalny. Kontakt z naturą, ponieważ nic innego mnie tak nie relaksuje. Spędzanie czasu z przyjaciółmi, z którymi jeździłem przez wiele lat jeszcze przed wypadkiem i ponowne, wspólne przeżywanie tych wszystkich emocji i setek zabawnych momentów wynikających z bycia na rowerze gdzieś razem.

Także trudno wyodrębnić tu jedną rzecz. Dobrze jest po prostu być z powrotem w siodle i czerpać radość z każdej chwili spędzonej na rowerze.

Czy bywając w różnych miejscach zauważasz obszary, które Tobie, jako osobie z niepełnosprawnościami, utrudniają korzystanie z bike parków?

W mojej obecnej, jednonogiej i jednoręcznej formie nie miałem jeszcze styczności z bike parkami, więc trudno mi się jakoś autorytatywnie wypowiadać. 

Czyli wszystko przed Tobą, ale jak myślisz, co dałoby się poprawić/ulepszyć zwiększając dostępność takich miejsc?

Oczywiście marzy mi się, żeby każde miejsce było tak zaprojektowane, aby osoby z niepełnosprawnościami mogły się tam swobodnie poruszać.

Myślę, że w tej kwestii można polecieć klasykiem i wymienić to, co powinno być w każdej nowej infrastrukturze czyli: windy, mniej strome schody (z poręczami), mniej strome podjazdy dla wózków, przystosowane toalety czy odpowiednia ilość i lokalizacja miejsc parkingowych.

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Czym zajmujesz się prywatnie i czy ma to przełożenie na hobby albo odwrotnie, czy jazda na rowerze ma wpływ na Twoją pracę?

Jestem lekarzem radiologiem. Pracuję w szpitalu onkologicznym, gdzie zajmuję się diagnostyką chorób nowotworowych jamy brzusznej i miednicy, w badaniach przy użyciu tomografii komputerowej i rezonansu magnetycznego. Praca w takim miejscu potrafi być stresująca. Badania są trudne i czasochłonne, co w połączeniu z bardzo dużą ilością ciężko chorych pacjentów prowadzi do pracy pod ciągłą presją czasu. Niemal każdy pacjent, który do nas trafia potrzebuje rozpocząć leczenie jak najszybciej. A to, jakie otrzyma leczenie, zależy od tego co napiszemy w opisie badania. Więc nie da się ukryć, że możliwość pojechania rowerem do lasu i zresetowania głowy od tych wszystkich dramatycznych obrazów, jest naprawdę czymś wspaniałym.

Jak reagują na Ciebie inni (rowerzyści czy osoby postronne)?

Rowerzyści bardzo entuzjastycznie. Koleś z jedną nogą i ręką schowaną w temblaku, który jeździ single (i to całkiem sprawnie!) to bardzo niestandardowy widok, więc część rowerzystów sama szuka kontaktu, ponieważ są zwyczajnie po ludzku ciekawi. A ja wtedy chętnie opowiadam.

Nie-rowerzyści natomiast to przeważnie spacerowicze, których mijam gdzieś na trasach i ich reakcje najczęściej wyglądają następująco: najpierw jest pierwsze spojrzenie, jak na każdego innego człowieka jadącego rowerem. Czyli nic specjalnego. Dopiero po kilku sekundach, kiedy mózg przetworzy i zrozumie scenę, która właśnie została mu przedstawiona, zaczyna się bardzo szerokie otwieranie oczu i niebezpiecznie szybkie obroty szyi w moim kierunku.

Wcześniej jeździłeś na moto, ale rowerowe enduro też nie należy do najbezpieczniejszych sportów. Co na to Twoi najbliżsi?

Określenie mojego jeżdżenia jako enduro to bardzo duże wyolbrzymienie. Ja po prostu jeżdżę stosunkowo łatwe single tracki (choć w sumie to dalej nie zmienia faktu, że każda forma kolarstwa górskiego wiąże się z mniejszym lub większym niebezpieczeństwem). Moi najbliżsi oczywiście są tego świadomi, ale jednocześnie wiedzą jak bardzo ważny jest dla mnie ten sport. I wiem, że cieszą się z mojego powrotu na rower tak samo jak ja.

Na Twoim profilu na Instagramie pojawiła się ostatnio zajawka współpracy z jedną z marek, czy możesz zdradzić szczegóły?

Nic nie będę zdradzał! Włazić na profil, dawać serduszka (DUŻO!) i czekać na rozwój wydarzeń! A tak na poważnie to wszystko okaże się na początku 2022 roku.

Zdjęcie: B-Art Bartłomiej Piskorz

Na koniec jakie masz plany rowerowe na sezon 2022?

Chciałbym stworzyć nowe siodełko, które będzie wygodniejsze, a co najważniejsze pozwoli mi jeździć trudniejsze technicznie trasy, co mam nadzieję, przełoży się na częstsze wizyty w górach.

Poza tym od dawna w mojej głowie rysuje się pomysł, żeby pomagać innym osobom po amputacjach wrócić do jeżdżenia na rowerze. Jeśli w 2022 roku będzie na to czas i możliwości, to będę zachwycony.

Dziękuję za rozmowę i do zobaczenia gdzieś na trasie!

Poczynania Marka możecie śledzić na jego profilu na Instagramie.