Co się stanie gdy podczas luźnej rozmowy z ziomeczkami powiesz, że chciałbyś polecieć na rower do Nowej Zelandii? Możesz skończyć jako kopacz tras w jednym z bikeparków, spełniać marzenie o jeździe na końcu świata i… tęsknić za tanim kebabem.
Justyna John, 43RIDE: Cześć, aktualnie jesteś w Nowej Zelandii w ramach projektu „155 dni do góry nogami”. Skąd pomysł na tripa akurat tam?
Adrian Toboła: Cześć! Nowa Zelandia zawsze gdzieś krążyła w moich marzeniach. No bo w sumie, kto by nie chciał tu być? Początek całego wyjazdu miał miejsce podczas wyjazdu na Klinowiec w maju 2025 roku. W trakcie rozmowy rzuciłem luźno temat, że chciałbym polecieć na off-season do Nowej Zelandii. Wtedy padło hasło, że komuś obiło się o uszy, że Igor i Janek planują wyjazd. Dosłownie po około 30 sekundach zadzwoniłem do Igora, zapytałem czy jadą, odpowiedział że tak, więc zapytałem czy mogę lecieć z nimi. Odpowiedź była prosta: „spoko”. I tak generalnie powstał pomysł wylotu do Nowej Zelandii.
Jeśli chodzi o sam projekt „155 dni do góry nogami”, to nazwa powstała podczas wyjazdu do Finale Ligure, jakieś trzy tygodnie przed wylotem. W założeniu chciałem pokazywać, jak wygląda życie w Nowej Zelandii, co może zaskoczyć oraz jak funkcjonuje trzech dwudziestolatków na drugim końcu świata.


Mega pomysł! Jakie są założenia projektu i kto Ci towarzyszy? Czy będziecie w jednym miejscu czy zamierzacie zwiedzić część/ wszystkie nowozelandzkie bikeparki?
Dobre pytanie! Głównym założeniem była jazda na rowerze i robienie progresu. Zabawne jest to, że pisząc ten artykuł jestem trzy dni po zwichnięciu barku, który zaliczyłem podczas gleby w drodze na test nowej sekcji w bikeparku. Towarzyszą mi Igor Krywult i Janek Pająk. Z obojgiem nie mieliśmy wcześniej zbyt dużej ilości wspólnie spędzonych dni, bywa różnie, ale gdy idziemy na rower, wszyscy cieszą michy.
Aktualnie mieszkamy w Wanaka i jeździmy głównie w Cardronie, gdzie też pracujemy. Często zaglądamy też do Queenstown, a obok domu mamy fajne hopki i spędzamy tam sporo czasu. Plan jest prosty: jak najwięcej jeździć. Zwiedzenie wszystkich bikeparków w Nowej Zelandii nie jest takie proste, głównie ze względu na naszą zamożność XD. W moim przypadku posiadanie motoru i roweru oraz spędzanie całego czasu na jeżdżeniu to niezły pożeracz pieniędzy, ale cieszę się jak dziecko.
Jak przygotować się do takiego wyjazdu, oczywiście poza zebraniem odpowiedniej ilości gotówki i zakupu biletów? 😉
Na to pytanie nie odpowiem idealnie, bo sam do końca nie wiedziałem, na co się piszę. Na pewno trzeba mieć mocną psychę, szczególnie w takim gronie, oraz solidny finansowy backup na wszelki wypadek. Praca, jazda na rowerze i utrzymywanie się tutaj jest po prostu drogie.
Warto też dodać, że jesteśmy tutaj na wizie Work and Travel, która w Polsce jest dość trudna do zdobycia. Jest tylko około 100 miejsc rocznie. Ta wiza pozwala pracować maksymalnie 3 miesiące u jednego pracodawcy i jest ważna przez rok.
Przy kupowaniu biletu trzeba też pamiętać o jednej ważnej rzeczy: od razu musi być kupiony bilet powrotny, bo bez niego mogą was po prostu nie wpuścić do Nowej Zelandii.


Co Was zaskoczyło na miejscu? Czy są jakieś przepisy, obostrzenia, zwyczaje, o których nie wiedziałeś, a musiałeś się z nimi zmierzyć?
Największym zaskoczeniem są ludzie. Przez pierwsze dwa tygodnie czuliśmy się wręcz nieswojo przez uprzejmość spotykaną na każdym kroku. Chęć pomocy i wdzięczność Nowozelandczyków jest na takim poziomie, że każdy Europejczyk po przylocie się zdziwi. Warto też wspomnieć, że tutaj absolutnie każdy jeździ na rowerze i każdy rowerzysta ma ogromną zajawkę. Nieważne, na jakim poziomie jesteś i czy jeździsz na e-bike’u czy nie – wszyscy chcą jeździć i dobrze się bawić.
Przy okazji pracujesz w bikeparku – jak się zabrać do znalezienia pracy na miejscu na krótki czas i czy jest do trudne? Jak sytuacja z pracą na stałe, gdyby chciało się tam zostać?
Początki naszego zatrudnienia sięgają Pucharu Świata w Bielsku w 2024 roku. Tam Igor poznał Charlesa Murray’a, z którym po kilku piwach poruszył temat Nowej Zelandii. Rok później, po odezwaniu się do niego, okazało się, że szef trail buildingu to jego znajomy. I tak trafiliśmy do pracy w bikeparku Cardrona.
Na dobrą sprawę nikt z nas, zwłaszcza ja jako „koparkowy”, nie miał dużego doświadczenia w budowie tras ani we wstawaniu rano, ale coraz częściej słyszymy, że robimy naprawdę dobrą robotę, więc chyba jest okej. Trail building to raczej praca sezonowa, więc ciężko zostać na stałe.


Jaka jest charakterystyka nowozelandzkich tras – czy da się je porównać do europejskich miejscówek? Czegoś Ci w nich brakuje, czy wręcz przeciwnie – jest coś co przeniósłbyś na lokalne podwórko?
Nie ma lepszego miejsca do jazdy – mógłbym na tym skończyć. Trasy mają wszystko: strome sekcje, szybkie bandy, multum doubli, jeszcze więcej transferów, a hopki są naprawdę duże. Są kompatybilne zarówno z największymi zjazdowcami, jak i z tymi, którzy wolą technicznie.
Jeśli miałbym coś przenieść do Polski, to całe Skyline. Ale by było! U nas niby miejsc jest coraz więcej, ale wciąż za mało tras budowanych przez zajawkowiczów, którzy naprawdę umieją jeździć.
Jaki typ roweru Twoim zdaniem najlepiej zabrać w tamtą część świata i dlaczego?
Najlepiej zabrać sprawny rower, a jeszcze lepiej zapasowy. A tak serio, najlepszym wyborem będzie rower zjazdowy. Części da się dokupić na miejscu i nie jest jakoś dramatycznie drogo. Na zjazdówce pojeździcie praktycznie wszędzie, nawet na bardziej „dirtowych” miejscówkach, chociaż będzie to trochę bardziej wymagające.


A kwestia zawodów? Poza przypadkowym startem który dał Ci miejsce na podium, czy planujesz udział w wyścigach?
Planowaliśmy start w Rotorua, ale nie ma już miejsc. Może uda się wystartować na Crankworx w Christchurch, choć to też stoi pod znakiem zapytania. Warto dodać, że jest tu mnóstwo lokalnych zawodów i na pewno będziemy się tam pojawiać.
Śledząc Twojego instagrama natrafimy na wiele zabawnych sytuacji, które Wam się przydarzyły. Największy dotychczasowy przypał to…?
Na samym początku prawie nie wpuścili nas do Nowej Zelandii, bo nie mieliśmy biletu powrotnego przez szukanie domu na ostatnią chwilę. Aktualnie jednym z większych przypałów jest to, że zwalniają nas z pracy dwa tygodnie wcześniej, bo wiza nie pozwala pracować dłużej niż trzy miesiące u jednego pracodawcy. Do tego moja ostatnia gleba, gdzie miałem więcej szczęścia niż rozumu – nowy kask połamany w trzech miejscach też był niezłym przypałem. Podsumowując: każdy dzień w tej trójce to nowa szansa na przypał.


Reasumując – czy jest sens wracać do Polski po kilku miesiącach przebywania w Nowej Zelandii? :)
Pod względem rowerowym nie ma sensu wracać do Europy. Trasy i atmosfera są tutaj nie do pobicia. Mógłbym jeździć tu codziennie. Ale zaczynam tęsknić za odbieraniem paczek z paczkomatu i za najtańszym kebabem.