Jeśli nie mieliście jeszcze okazji jeździć zimą na rowerze, a nadal zastanawiacie się, czy to w ogóle ma sens, spróbuję rozwiać wasze wątpliwości. Sam zadałem sobie to pytanie ponad 25 lat temu startując z rowerem w moją pierwszą zimową przygodę w Beskidzie Sądeckim. Był to grudniowy przelot z Wierchomli do Starego Sącza przez pasmo Jaworzyny. Z perspektywy czasu mógłbym napisać że ten wyjazd sensu był pozbawiony bo: letnie buty SPD, brak zimowego wyposażenia w plecaku, brak informacji co do warunków śniegowych a tym samym nieprzetarty szlak. Jednak ów wyjazd otworzył mi oczy i pomógł zrozumieć, czym jest zimowa górska jazda tak naprawdę.

Jazda zimą smakuje… mrozem

Zimą większość z nas robi to samo: kalendarz treningowy zwalnia, a my wchodzimy w tryb „roztrenowania”. Mniej godzin na zewnątrz, mniej długich wyjazdów, bo dzień krótki, a warunki… no cóż. Polska zima potrafi być jak filtr „szaro-buro-ponuro” nałożony na cały krajobraz. Wtedy naturalnym odruchem jest ucieczka pod dach: trenażer, siłownia, basen, crossfit. Cokolwiek, byle utrzymać formę.

To wszystko ma sens, taki trening wiosną odda z nawiązką – wydolność, siła, sprawność. Tylko że przy okazji zabieramy sobie coś, czego nie da się zyskać w trakcie treningu na trenażerze. Mam na myśli trening w warunkach, które nie są komfortowe a dokładniej: trening w warunkach, które uczą. Taka jazda robi latem robotę, o której rzadko się mówi: to dodatkowy trening odruchów bezwarunkowych. Mikro-korekty na kierownicy, praca ciałem, kontrola uślizgu, czytanie nawierzchni. Wszystko to buduje pewność prowadzenia roweru. Innymi słowy: zimą uczysz się panować nad rowerem, a latem zbierasz profity.

No dobra, ale gdzie w tym przygoda i frajda, a nie tylko „cierpienie dla osiągnięcia lepszych wyników”? Prawda jest taka, że jeździć da się prawie zawsze. Różnica polega na tym, czy to będzie miało sens i czy wrócisz z wyjazdu z uśmiechem na twarzy, czy z myślą: „po co mi to było?”. Klucz jest prosty: zgrać się z pogodą i zadbać o komfort.

Zimowy wyjazd w góry, czyli jak nie zrobić sobie krzywdy „ambicją”

Zimą wszystko jest prostsze i trudniejsze jednocześnie

Paolo Coelho ;)

Prostsze, bo świat ma dwa kolory: biały i czarny. Trudniejsze, bo w tych dwóch kolorach potrafi się schować cała lista pułapek. I teraz najważniejsze: zimowa jazda nie polega na tym, żeby „przetrwać”. Jazda ma być fajna, ma pachnieć mrozem, skrzypieć pod oponą i zostawiać w głowie ten rodzaj satysfakcji, który trudno wytłumaczyć komukolwiek kto nie jeździ.

Jedźmy więc :)


Pogoda: szukamy „zimy premium”, a nie zimy z promocji

Najlepszy śnieg jest wtedy, kiedy jest mróz. A słońce? Słońce i mróz to idealny zestaw zimowych oczekiwań. Słońce bardzo poprawia morale, daje naturalną satysfakcję z przebywania na zewnątrz, ale to mróz robi dobre warunki do jazdy.

Nie musi być -20°C, wystarczą okolice -3 / -5°C. To temperatura, przy której śnieg zaczyna się zachowywać jak porządny materiał: jest bardziej stabilny, „trzyma” pod oponą, mniej się zapada, łatwiej go czytać i przewidywać.

Oczywiście w dodatnich temperaturach też pojedziesz, tylko wtedy śnieg jest „mniej szlachetny”. Raz kasza, raz breja, raz coś co wygląda jak bita śmietana, a smakuje jak wysiłek wymieszany z solą i olejem samochodowym. Wtedy zaczynasz rozumieć, czemu „ludzie północy” rozpoznają kilkanaście rodzajów śniegu. Z czasem sami zaczynamy rozróżniać te subtelne różnice: ten jest „szybki”, ten się zapada, ten ciągnie koło jak hamulec a ten „wyjeżdża” spod kół.


Warunki śniegowe: kiedy nie ma sensu się spinać

Po świeżych, obfitych opadach górskie szlaki zazwyczaj nie nadają się do jazdy. Brnięcie w 20-30 cm kopnego śniegu to zabawa dla Fat bike’a. Ewentualnie dla ludzi z bardzo specyficznym poczuciem humoru. Dla enduro na oponie 2.5 to najczęściej droga przez mękę: rower tańczy, przód nurkuje, tylne koło mieli, a Ty zamiast jechać idziesz i pchasz.

Natomiast kiedy warunki się ustabilizują, a turyści przedeptają popularne szlaki, dzieje się magia: ścieżka robi się twardsza i szersza, a opona zaczyna mieć co łapać. Wtedy warto połączyć pogodę z wyborem trasy. Czyli: nie jedziesz „gdziekolwiek”, tylko jedziesz „tam, gdzie to ma sens”. I w tym momencie zaczyna się ta „zimowa przygoda”, po którą tu w ogóle przyjechałeś.

Weryfikacja warunków: zanim spakujesz plecak, spakuj informację

Zimowe planowanie jazdy zaczyna się nie tyle od mapy, co od weryfikacji warunków. To nie jest sezon „a jakoś to będzie”, choć można i tak ;) Tu trzeba sprawdzić kilka rzeczy by oszczędzić sobie zarówno czasu jak i rozczarowania.

Co robię przed wyjazdem:

  1. Sprawdzam prognozy pogody: nie jedną a trzy lub więcej, prognozy generalnie potrafią się różnić między sobą, warto wyciągnąć z tego średnią. Przydatne są prognozy dla wysokości, bo w dolinie może być +2, a wyżej -6 i wiatr.
  2. Prognozy dla szczytów: tu dobrze działa mountain-forecast.com, pokazuje warunki „w górze”, a nie tylko przy parkingu. Ostatnio polska mapa na została zaktualizowana o sporą ilość beskidzkich szczytów (a nie kilku w Beskidach i kilku w Tatrach jak było do niedawna).
  3. Kamerki internetowe: to absolutny game changer. Obrazują (co prawda „na oko” ale jednak) obecne warunki w danym miejscu. Małopolskie klasyki typu Turbacz, Przehyba, Luboń Wielki czy Hala Krupowa mają swój podgląd. Łatwo z tych obrazków wywnioskować jak dużo dosypało śniegu, czy jest już ubity, w jaki sposób poruszają się w nim turyści. Często da się wypatrzeć w kadrze rowery, co dla nas oznacza mniej więcej tyle, że da się nimi dotrzeć w oglądane przez nas miejsce. Jeśli widzisz dziewiczą biel bez żadnego przedeptanego śladu lub wystającej znad śniegu ławki/stołu, to już wiesz co Cię czeka.
  4. Lokalsi i Strava: zimą Strava jest jak raport z frontu. Ktoś wrzucił aktywność „Turbacz zimą” albo „Mogielica loop”, widzisz zdjęcie, czytasz opis i od razu wiesz, czy jest twardo, czy kopnie.

W tym całym sprawdzaniu nie chodzi o to, by robić z tego operację wojskową. Chodzi o to, by na starcie zwiększyć szanse na „przyjemnie”, a zmniejszyć szanse na „ch…e”.


Plecak: rzeczy, które robią różnicę w trakcie jazdy na mrozie

Na całodniowy zimowy wypad plecak to nie „dodatkowy ciężar”, tylko ubezpieczenie dobrego morale. Wystarczy kilka rzeczy, które robią różnicę po 5, 6, 7 lub więcej godzinach spęczonych na mrozie.

Co warto mieć:

Narzędzia: pompka, dętka, łyżki, multitool to nawet letnia klasyka, ale zimą klasyka staje się obowiązkiem.

Zapasowa warstwa: dodatkowy buff, druga para rękawiczek cieplejszych od tych, w których pniemy się w górę, cieplejsza czapka, zapasowa bluza (trzecia warstwa) z długim rękawem lub bezrękawnik na docieplenie.

Termos z herbatą: zimą to jest eliksir, dolewam sok, cytrynę czasem miód. Co kto lubi sobie dolać do herbaty poza sokiem malinowym to już jego sprawa BYLE NIE ZA DUŻO ;)

Jedzenie, które nie zamienia się w kamień: drożdżówki, żelki, chałwa. Kanapka najlepiej taka, którą da się zjeść nawet w rękawiczkach. Czekolada choć zamarznie też spoko, łatwo rozpuścić ją w ustach. Wszelkie musy owocowo-ryżowe trzymane w plecaku nie powinny zamarznąć i dać się wycisnąć z tubki. Ciasto ze świątecznego stołu to najlepszy patent, te kalorie lepiej wypalić na trasie niż nabić przed telewizorem.

Zapasowe skarpety: (na wszelki wypadek) niby drobiazg, a potrafi uratować wyjazd.

Gogle lub okulary: z jasną szybką na popołudnie / las, jedno i drugie polecam od TYGU, wielokrotnie sprawdziłem je w boju.

Oświetlenie: na wszelki wypadek, bo że zimą „nagle robi się ciemno” to standard, a nie wyjątek.

Mata do siadania: brzmi śmiesznie, ale spróbuj usiąść na śniegu bez niej po kilku godzinach, a czasem jest taka potrzeba, choćby po to by zmienić wspomniane wcześniej skarpety – jeśli nie kupiłeś zimowych butów ;)

Powerbank: telefon zimą lubi paść szybciej niż powinien a że w większości nawigujemy już mapą wyświetlaną w aplikacji telefonu to wiadomix.

Rower: czym jechać, żeby nie przeklinać pod nosem

Raczej nie szosowy :) Gravel? Czasem tak, ale raczej jako wyjątek, kiedy śniegu jest mało albo jest twardo i równo. Najbardziej uniwersalne będzie po prostu MTB. Enduro, Trail, nawet bardziej „zwykły” góral. Liczy się stabilność i możliwość kontrolowania roweru, kiedy nawierzchnia zmienia się co 10 metrów.

Fat bike jest ideałem w głębokim śniegu, ale jeśli go nie masz, na endurówce też „polatasz”, naprawdę. Robię to od lat i wierzcie – da się :)

Fat bike’a da się również wypożyczyć, wystarczy wpisać w google odpowiednią frazę i dogadać się z wypożyczalnią. Mała uwaga, planując wypożyczenie fata, chwilę wcześniej skontaktuj się z wypożyczalnią by go sobie zarezerwować. Wypożyczalnie organizują w weekendy wyjazdy grupowe więc możesz odbić się o brak roweru jak od iglo.

Opony: standard to okolice 2.4-2.6, ale im szersza, tym zazwyczaj łatwiej o trakcję i komfort. Ważniejszy od samej szerokości jest bieżnik i to by opona „pracowała” na śniegu. Dlatego upewnij się że tego dnia nie masz nabitych 3 atmosfer. Okolice 1.5 atm sprawdzą się dobrze, ważne by opona trochę pracowała na śniegu. Chyba że lecisz po utwardzonym stoku narciarskim, wtedy lepiej zostawić wyższe ciśnienie. Prawda jest taka, że poczujesz to w trakcie jazdy sam/a dlatego ta pompka w plecaku.

Są też opony zimowe z kolcami i tu ważna uwaga: kolce są genialne na lodzie i ubitym śniegu, ale jeśli masz w planie powrót asfaltem, to może zrobić się dziwnie. Może być ślisko i nieprzewidywalnie, trzeba tylko pamiętać i mieć tego świadomość by nie wpaść do rowu za pierwszym winklem.

Ubiór: zimą najłatwiej jest się ubrać… źle

Zimą ubiór to absolutna podstawa a tym samym sztuka balansu pomiędzy komfortem a jego brakiem. Chodzi o zachowanie komfortu, jak największej jego ilości przez cały dzień. Na podjeździe jest gorąco, na zjeździe potrafi być lodowato. I właśnie dlatego najlepiej działa zestaw „na cebulę” lub zwyczajnie warstwami. Sam stosuję taki układ: 2 warstwy na dół (ocieplane wewnętrzne spodnie z szelkami + długie zewnętrzne) i 2 na górę (ciepła termiczna bluza + ciepła pikowana kurtka z kapturem wykonana z pimaloftu.

Co się sprawdza w praktyce:

  • Buty zimowe: to jest fundament. Kiedy masz ciepłe i suche stopy przez cały wyjazd, to wygrałeś już dzień i konkurs na tego, kto w trakcie wyjazdu narzeka najmniej ;) Są pateny na docieplanie stóp w letnich butach (owijanie folią NRC) ale szczerze nie polecam. Zbyt długo się z tym męczyłem. Obecnie używam Fizik Nanuq GTX CLIP i to jest absolutny game changer zimowej jazdy. Jeśli masz na to środki to zainwestuj w zimowe obuwie. Ta inwestycja zwróci się z nawiązką.

    Jeśli nie jeździsz w SPD’ach i nie chcesz wydawać pieniędzy na zimowe buty kolarskie, klasyczne górskie buty za kostkę też dobrze się sprawdzą. Dołóż tylko do tego stuptuty i będzie elegancko.
  • Skarpety: najlepiej sprawdzają się te z „merynosa”, choć zwykłe, grube też będą OK – jednak tutaj dwie uwagi:
    1. Nie wybieraj najtańszych skarpet z „ropy naftowej” (poliestru). W takich stopę szybko zapocisz, tkanina powinna mieć w sobie trochę naturalnych dodatków (bawełna, wełna, merino).
    2. Ważne by stopa nie była ściśnięta w bucie i miała w nim trochę miejsca. Uwięziona (np. przez zbyt grubą skarpetę) stopa w bucie paradoksalnie będzie się szybciej wychładzać. Ważne by trochę pracowała i miała w nim trochę miejsca.
  • Spodnie i dół w dwóch warstwach: ocieplane spodnie z wysokim stanem najlepiej na szelkach żeby nic Ci się z tyłu nie odsłaniało + warstwa zewnętrzna, która chroni przed wiatrem, śniegiem i brudem. W obu przypadkach używam gaci marki Endura: GV500 Thermal Biblong i Endura Singletrack II

    Świetną alternatywą (przetestowaną przez Anie) od dwuwarstwowego podejścia są spodnie Endura MT500 Freezing Point. W całości izolowane termicznie z wykorzystaniem warstw primaloft i softshell. Te spodnie sprawdzają się w bardzo niskich temperaturach, testowaliśmy je przy -15°C, nadal było komfortowo.
  • Kurtka z ociepleniem typu Primaloft: bo grzeje, a jednocześnie nie robi z Ciebie mokrej gąbki po pierwszym podjeździe. Primaloft bardzo dobrze oddaje wilgoć na zewnątrz. Mam zwykłą kurtkę marki Hi-Tec ale z kapturem. Często wieczorem, w górach robi się na tyle zimno, że w trakcie zjazdu warto założyć sobie dodatkową warstwę na kask, mimo czapki pod kaskiem.
  • Bluza termiczna: jersey, long sleeve zwał jak zwał, ważne by była to bielizna termiczna z długim rękawem. Używam odzieży polskiej marki Viking, na docieplenie zabieram koszulę Endura Singletrack Fleece
  • Dwie pary rękawiczek: cienkie na podjazd, grube na zjazd. To nie jest fanaberia. To jest różnica między „fajnie jadę dalej” a „wracam bo nie czuję palców”.
  • Czapka pod kask + buff(y): klasyczna czapka kolarska pod kask to jedno. Buff to drugie. Na dłuższą jazdę zabieram dwa. Cienki buff „na podjazdy” i grubszy na zjazd by zasłonić szyję i twarz od wiatru. W zestawie z goglami taki układ sprawdza się znakomicie.
  • Raczki i stuptuty: brzmi jak żart, ale raczki potrafią uratować wyjazd na samym podejściu, kiedy pod butami robi się szkło. Stuptuty natomiast przydadzą się wtedy, kiedy śniegu jest więcej niż przypuszczaliśmy i trzeba prowadzać rower. Dzięki nim jest szansa że unikniemy mokrych skarpet w mokrych butach.
  • Gogle: na zjazdy, to bardzo poprawia komfort termiczny a twarzy robi ogromną różnicę, zwłaszcza gdy wieje lub sypie śnieg. Gogle w takiej sytuacji sprawdzą się lepiej niż okulary, w obu przypadkach używam gogli i okularów marki TYGU.

Gdzie jechać: zimą wygrywają klasyki

Najlepszy zimowy szlak to zwykle ten, po którym ktoś już przeszedł. Brzmi banalnie, ale to jest sedno.

Dlatego zimą najlepiej działają popularne piesze trasy. Te które są przedeptane (lub przejechane) i ubite. Owe szybciej robią się „przejezdne”. Oczywiście to oznacza pieszych na szlaku i tu wjeżdża (cała na biało – a jakże!) kultura jazdy. Zimą szlaki bywają wąskie i oblodzone. Jedziesz więc z głową, zwalniasz, dziękujesz, nie robisz innym stresu. Wszyscy chcą mieć fajny dzień, piesi turyści również :)

W Małopolsce klasyki (gdy są udeptane) to okolice Turbacza, Mogielicy, Policy i Hali Krupowej, Jałowca, Leskowca, Lubomira, Lubonia Wielkiego. Generalnie miejsca i szlaki, na których jest duży ruch. Skrzyczne, Szyndzielnia, Klimczok, Pilsko! Te szczyty również są przejezdne o ile szlaki są udeptane ;)

Jura Krakowsko-Częstochowska często oferuje lepsze warunki jezdno-śniegowe niż te panujące w górach. Szybciej robi się przejezdna, szybciej też odtaja ze śniegu. To jest bardzo dobry „plan B”, zwłaszcza w przypadku obfitych opadów śniegu w górach.

Na koniec i tak zawsze wraca ta sama myśl…

…zimą nie wygrywa ten, kto ma najwięcej watów, tylko ten, kto umie zagrać się z warunkami. Kto nie jedzie „na siłę”, tylko wybiera dzień, trasę i tempo tak by z tego wszystkiego została przygoda, a nie rachunek krzywd i błędów wraz z mokrymi skarpetami w zimnych butach.

Jeśli miałbym to spiąć w jedną zasadę, to brzmiałaby tak: zimą nie jedziesz „gdziekolwiek”, jedziesz „tam, gdzie jest udeptane”. Choć oczywiście, do odważnych świat należy :) Najpopularniejsze szlaki bywają najlepsze nie dlatego, że są najłatwiejsze, tylko dlatego, że są najbardziej przejezdne.

Zimowa jazda ma swoją własną logikę. Najpierw jest prognoza, potem kamerki, Strava i te małe sygnały, które mówią: „dzisiaj to ma sens” lub „dzisiaj będzie pchanie”. Potem jest pakowanie plecaka, które wygląda jak przesada, aż do momentu, kiedy stajesz na przerwie, siadasz w śniegu na macie, wyciągasz termos, kanapkę i nagle świat robi się prosty. A potem zaczyna się to, po co w ogóle tu jesteś: skrzypiący śnieg pod oponą, cichy las, twardy ślad, ręce schowane w ciepłych rękawicach, twarz osłonięta buffem. I ta dziwna satysfakcja, że w środku zimy jesteś w górach na rowerze i to jest absolutnie zaj…e :)

Jeszcze jedna rzecz, ważniejsza niż cała reszta poradnika: umieć zawrócić bez wstydu. To nie jest porażka. To jest zdrowy rozsądek. Zimą granica między „fajnie” a „hardcore” jest cienka. Czasem lepiej wrócić, wypić herbatę w aucie i zostawić sobie apetyt na następny raz, niż przepychać rower trzy godziny i potem zniechęcić się do zimy na pół sezonu.

Zatem? Do zobaczenia zimą, na górskim szlaku rowerowe świry :)