Karkonoski Festiwal Rowerowy – enduro w najczystszej postaci
„Karkonoski Festiwal Rowerowy” na Dolnym Śląsku to wydarzenie, które z roku na rok przyciąga coraz więcej fanów jazdy w terenie. Tegoroczna edycja, tworzona wspólnie przez ekipę KRKeN i Enduro MTB Series, po raz kolejny udowodniła, że dobra impreza MTB to coś więcej niż sama rywalizacja i ściganie. Wiosenna odsłona tylko to potwierdziła — była tego najlepszym dowodem.


Bazą festiwalu był ośrodek Markus w Przesiece – miejsce, gdzie przez kilka dni żyło się wyłącznie rowerem: wspólne jazdy, rozmowy, integracja i zasłużony odpoczynek po trasach. Pojawiająca się nazwa KRKeN – dla niewtajemniczonych – to oddolna inicjatywa riderów, społeczność, która buduje i utrzymuje trasy enduro, dbając o ich jakość, naturalność i unikalny karkonoski charakter. I właśnie to „coś” czuć tu od pierwszego zjazdu.


Idealny timing i konkretna zapowiedź
Majówkowy termin okazał się strzałem w dziesiątkę – pogoda dopisała, a zapowiedzi organizatorów tylko podkręcały apetyt. Szesnaście pełnoprawnych tras enduro, lokalne „secret spoty” i eksploracja z riderami, którzy znają te góry jak własną kieszeń – trudno było powiedzieć „nie”. Tym bardziej, że z Grzegorzem od dawna mijaliśmy się kalendarzowo. Tym razem w końcu się udało.


Pierwsze wrażenia i zmieniający się krajobraz MTB
Na miejscu wszystko działało sprawnie: zakwaterowanie, pakiety startowe, podział na grupy. Uczestnicy zostali przypisani według poziomu zaawansowania – od 1 do 5 (PRO). Zachowawczo wybrałem grupę 3A, a kolejnego dnia planowałem wskoczyć poziom wyżej, żeby zobaczyć szerszy przekrój festiwalu.


Co od razu przykuwało uwagę? Wyraźna obecność e-bike’ów. To już nie margines ani chwilowy trend, tylko stały element krajobrazu MTB. Sam również jechałem na elektryku i – nie ma co ukrywać – przy tych podjazdach robiło to ogromną różnicę. W grupach jechali razem riderzy na klasycznych rowerach i e-MTB, co dobrze pokazywało, jak bardzo te dwa światy się dziś przenikają. Z drugiej strony pojawia się pytanie, czy w przyszłości nie warto będzie rozdzielić tego na osobne grupy. A na koniec – szacunek i wielkie brawa dla wszystkich, którzy cisnęli bez wsparcia prądu!
Podjazdy – test charakteru i czas na integrację


Nie ma zjazdów bez podjazdów – a te w Karkonoszach potrafią dać w kość. Długie, wymagające kondycyjnie odcinki były nieodłączną częścią dnia.
Naszą grupą opiekowały się Klaudia i Karolina – świetne riderki, które prowadziły ekipę z pełnym profesjonalizmem. Same na analogowych rowerach regulowały tempo podjazdu. Skąd one miały tyle mocy??? Skąd tyle mocy było w uczestnikach?! To pytanie męczyło mnie… do pierwszego zjazdu.
A później, przy kolejnych podjazdach, uczestnicy stali się dla mnie bohaterami. Deptali pod górę tak, jakby jutra miało nie być. Jakby ich moc była niewyczerpalna. Ogromny szacunek dla Was!
Mimo różnic sprzętowych grupa szybko złapała wspólny rytm. Nikt nie „odjeżdżał”, nikt nie cisnął na siłę. Było wsparcie, czasem nawet holowanie, dużo rozmów i naturalna integracja. Zanim dotarliśmy na pierwszą trasę, byliśmy już zgraną ekipą.
Zjazdy – esencja karkonoskiego enduro


Organizacja zjazdów stała na bardzo wysokim poziomie – briefing przed każdą trasą, jasne zasady, pełne poczucie bezpieczeństwa. I w końcu to, na co wszyscy czekali: jazda w dół.
Z góry małe usprawiedliwienie – nie pamiętam nazw tras, którymi jeździłem. Jeśli jednak będziecie chcieli je namierzyć, spokojnie możecie odezwać się do ekipy KRKeN – jestem pewien, że pomogą i podpowiedzą, jak zorganizować zarówno wspólne, jak i samodzielne eksplorowanie tych miejsc.


Pierwsza trasa – jak powiedziała Klaudia – była najłatwiejszą w całym kompleksie. I tu zaczyna się najlepsze. W sumie mogłem się tego spodziewać, bo mówimy o trasach enduro, ale… dawno nie jeździłem po czymś takim.
Przyspieszone bicie serca, pełne skupienie. Nie zapamiętałem nazw tras, ale zapamiętałem wszystko inne: otaczającą przyrodę, naturalne podłoże lasu i unoszący się w powietrzu kurz, który w promieniach słońca tworzył wręcz filmowy klimat. Super.
Kolejne trasy to już czysta przygoda. Każdy pewnie na swój sposób odbiera poziom trudności czy płynności, ale ja czułem się tak, jakbym znalazł się w miejscu, gdzie mogę naprawdę dużo, a jedynym ograniczeniem jestem ja sam.
To była esencja enduro. Każdy znalazł odcinek, przy którym serce zaczynało bić mocniej – prawdopodobnie inny, i właśnie w tym tkwi magia tego miejsca.


I to jest klucz – naturalność. Te trasy są wytyczone tak, żeby nie ingerować w przyrodę, tylko maksymalnie wykorzystywać ukształtowanie terenu. Czasem delikatnie „podrasowane”, żeby były przejezdne, ale zrobione w taki sposób, że nie masz poczucia jazdy po czymś sztucznie przygotowanym. To czyste, surowe enduro – dokładnie takie, jakie powinno być. Kolejne odkrywane trasy to za każdym razem nowa przygoda, dreszczyk emocji, i skupienie maksymalne na doznaniach. Przepięknie.
Miejsce, które rozwija
Kompleks tras KRKeN (to taka moja nieoficjalna nazwa) to coś więcej niż tylko zbiór ścieżek – to przestrzeń do świadomego rozwoju. To świetna baza dla ludzi, którzy chcą przesuwać swoje „cienkie czerwone linie”. Niezależnie od poziomu – każdy znajdzie tu wyzwania dopasowane do siebie.


Możesz pracować nad techniką, szukać własnych linii, uczyć się prędkości, mierzyć z naturalnymi ściankami i skałami. Każdy kolejny przejazd to decyzje i konsekwencje – dokładnie to, co definiuje prawdziwe enduro. Jeśli kochasz góry i naturalne ścieżki, poczujesz się tu jak w swoim prywatnym „Epic Enduro Center Paradise”.


Ja miałem okazję jeździć te trasy „na sucho”, ale łatwo sobie wyobrazić, jak bardzo zmieniają się wraz z pogodą. Deszcz potrafi całkowicie przedefiniować znane fragmenty – zmusza do nauki od nowa, do jeszcze większego skupienia i pokory. Taka właśnie jest natura – nieprzewidywalna i wymagająca.


Dzięki temu, że wziąłem udział w festiwalu, mogłem poczuć ducha tych miejsc w komfortowy, „zaopiekowany” sposób. Ale równie dobrze możesz tu wrócić sam i na własną rękę odkrywać kolejne linie, budować własne flow i poznawać te góry po swojemu.
Ludzie robią klimat
Najlepsze miejscówki nie istnieją bez dobrej ekipy – i tutaj wszystko zagrało. Grupa, do której trafiłem, była – bez przesady – jedną z najlepszych na całym festiwalu. Formalnie poziom 3 w skali 1–5, więc nie najwyższy, ale w praktyce atakowaliśmy te same trasy, co grupa 4 i nikt nie odpuszczał wyzwań.


Miałem na początku plan, żeby drugiego dnia wskoczyć poziom wyżej i sprawdzić „czwórkę”, ale… nie byłem w stanie zostawić tej ekipy. Złapaliśmy świetny vibe, szybko się zgraliśmy i czułem się jak wśród starych znajomych (mam nadzieję, że działało to w obie strony). Z perspektywy czasu to była najlepsza decyzja, jaką mogłem podjąć.


Ogromny wpływ na klimat miały też nasze przewodniczki – Klaudia i Karolina. Super riderki i po prostu świetne dziewczyny, które nie tylko prowadziły nas po trasach, ale też budowały atmosferę całego dnia.


Bo w tym wszystkim właśnie o to chodzi – o klimat. Dobry humor, pozytywne emocje, wzajemne wsparcie i motywowanie się do przesuwania własnych granic. To ludzie sprawiają, że dane miejsce zostaje w głowie na długo.


Ogromne podziękowania dla wszystkich – za rozmowy, wspólne podjazdy, emocje na zjazdach i atmosferę, której nie da się podrobić. Przewodnicy – top. Uczestnicy – top. Trasy – absolutny top.


Niedosyt, który chce się powtórzyć
Subiektywnie? A może obiektywnie. Dawno nie widziałem i nie jeździłem czegoś takiego w enduro. Tyle osób zajaranych prawdziwą, terenową jazdą MTB w jednym miejscu, bawiących się tak dobrze – to naprawdę robi wrażenie. Pasja łączy ludzi, i to nie jest pusty slogan.
Wyjeżdżając z Przesieki, czułem jednocześnie ulgę i niedosyt. Ulga – bo ciało miało już dość. Niedosyt – bo głowa chciała więcej. Bo gdzieś tam w środku wciąż jest masa „czerwonych linii”, do których chciałbym się zbliżyć. A to miejsce jest do tego idealne.
Jeśli zdecydujesz się tu przyjechać – czy na festiwal, czy solo – pamiętaj o jednym: dobra kompania robi ogromną różnicę. Z odpowiednimi ludźmi wszystko jest łatwiejsze, bezpieczniejsze i… zdecydowanie bardziej zajawkowe.
Jak już wspomniałem, KRKeN to oddolna inicjatywa – społeczność, która żyje tym miejscem, dba o nie i stale je rozbudowuje. Ale samą pasją i dobrym słowem daleko się nie zajedzie – potrzebne są też realne środki na rozwój tras i ich utrzymanie. Jeśli miałeś okazję jeździć po ich ścieżkach, warto dorzucić swoją cegiełkę. Możesz postawić im wirtualną kawę: https://buycoffee.to/krken_mtb. Każda złotówka trafia bezpośrednio w teren – na narzędzia, utrzymanie istniejących tras i budowę kolejnych odcinków.




Wyrazy uznania dla organizatorów Karkonoski Festiwal Rowerowy za zebranie tylu ludzi wokół jednego celu – eksploracji terenu i dobrej zabawy. Siłą MTB są lokalne społeczności oraz wymiana myśli i doświadczeń podczas zlotów, festiwali i wspólnych inicjatyw – to właśnie one napędzają rozwój naszej pasji i pchają ją do przodu.
To była wspaniała mieszanka emocji, klimatu i tego „czegoś”, czego nie da się opisać słowami. Zarówno organizacja, jak i sama formuła festiwalu tylko to potwierdzają.
Grzegorz ( EnduroMTBSeries) i Artur ( i cały KRKeN ) – róbcie tak dalej!
Zdjęcia robione telefonem, gdzieś między kolejnymi zjazdami, w tzw. międzyczasie, nie oddają w pełni tego, co działo się na trasach – to tylko wycinek, zatrzymane kadry. Jak każdy z Was wie, tego, co dzieje się na żywo, nie da się w pełni przenieść na obraz (przynajmniej ten z telefonu). Bez retuszu, nieidealne – jak samo życie MTB – wrzucone w przypadkowej kolejności pokazują grupę 3A, której miałem przyjemność być częścią. Za zdjęcia wielkie dzięki dla Przemka.



Poniżej plakat zapowiadający wydarzenie wraz z logotypami sponsorów, partnerów oraz mediów. Dziękuję za ich zaangażowanie w Karkonoski Festiwal Rowerowy

Pozdrawiam wszystkich, których miałem przyjemność spotkać i zamienić kilka słów. Do zobaczenia gdzieś na trasie – uśmiechnięty Zbig.