Sonia Skrzypnik: niech każdy jedzie swoje i będzie królem swojego życia!

Człowiek-orkiestra której rowerowy rozwój miałam przyjemność oglądać od samego początku. Tytan pracy, typowa twarda Ślązaczka, która pomimo piętrzących się przed nią trudności niezaprzeczalnie na polskiej scenie rowerowej wymiotła konkurencję. Panie i Panowie – przed Wami Sonia Skrzypnik!

Sonia Skrzypnik we własnej osobie.

Justyna John, 43RIDE: Cześć Soniu, obserwując Twoją aktywność na fanpage’u możemy zauważyć, że albo jesteś w rozjazdach i prowadzisz obozy, albo pracujesz w serwisie albo jeździsz – jak znajdujesz na wszystko czas?

Sonia Skrzypnik: Cześć Justyna, czas na rowerowe sprawy jest, czasem muszę się mocno nagimnastykować, ale to całe moje życie. Niestety nie ma za dużo czasu na sprawy prywatne. Jednak w tym roku zamierzam to zmienić i w końcu wybrać się na swój pierwszy prawdziwy urlop i to bez roweru :)

No to mnie zaskoczyłaś, oczywiście pozytywnie! Wróćmy jednak do rowerówki – z małego projektu prowadzenia zajęć powstał całkiem pokaźny projekt Jedziemy Swoje – opowiedz nam o nim.

Tak, to prawda. Na początku nie sądziłam i nie wierzyłam, że dam radę prowadzić coś sama. Moja działalność jeszcze raczkuje, ale myślę, że jest tu potrzebny czas i ciężka praca, będzie tylko lepiej. Zajęcia prowadzę w Bike Parkach na terenie Śląska – grupowe i indywidualne. Obozy organizuję w Polsce i we Włoszech. W tym roku planuje jeszcze organizację w Austrii i Francji. Zajęcia są dla kobiet i mężczyzn. Chciałabym jeszcze ruszyć z systematycznymi zajęciami dla dzieci, ale szczerze, wolę pracę z dorosłymi lub z młodzieżą w wieku 16-19 lat i najlepiej taką zbuntowaną :) Dyscypliny jakimi się zajmujemy to downhill, enduro i szosa.

I jak jesteś odbierana jako Pani instruktor? Uczestnicy nie próbują wejść Ci na głowę? A może właśnie dlatego, że jesteś kobietą-bardziej się starają? No i jak według Ciebie pracuje się z Tobą innym dziewczynom?

Odbierana jestem raczej pozytywnie, a co do wchodzenia na głowę, to chyba raczej się boją haha. Wiesz Justyna, myślę że dużo tu robi moje twarde stąpanie po ziemi i komunikacja niewerbalna, która mówi “ło Jezu to nie dziołcha, to harpagan”. Ludzie, którzy spędzają ze mną czas, wiedzą co robię na co dzień i jakie cegły przerzuciłam by być tu gdzie jestem. Na obozy i szkolenia przychodzą ludzie, którzy mają do mnie szacunek i to jest spoko. Jeszcze bardziej spoko jest to jak się otwierają i możemy szczerze pogadać o życiu, nie tylko o rowerach. Co do Pań na szkoleniach… hm… nie wiem co mam odpowiedzieć, ale pewne jest to, że skoro wracają i przychodzą nowe to jest ok.

Własny serwis był primaaprilisowym żartem czy faktycznie działasz w tym kierunku?

Żaden żart! To się dzieje JUSTYNA! To był strzał w dziesiątkę! Na ilość klientów nie narzekam. Pojawia się jednak pytanie DLACZEGO? A dlatego, że mam dosyć poprawiania na obozach i szkoleniach niedobrze wykonanej roboty, bo komuś się nie chciało, bo liczy się kasa. A ja się pytam gdzie pasja w tym wszystkim? Każdy rower przygotowuję jak dla siebie samej, jak na wyścig. Myślę, że tu powinni wypowiedzieć się moi klienci, których traktuję jak brać rowerową, a nie jak następny zarobek.

Klienci Sonii – wpisujcie informacje zwrotne w komentarzach pod postem z wywiadem na naszym fanpage’u, chętnie poczytamy ;)

Soniu, zeszły rok był dla Ciebie bardzo trudny i pełen zmian. W efekcie odpuściłaś część startów – czy w tym roku wracasz do ścigania, czy ten etap w życiu masz już za sobą?

Zeszły rok, można powiedzieć, był moim największym koszmarem. Najbardziej traumatyczne przeżycie, które do dziś mnie męczy, to śmierć mojej kochanej Mamy… Potem skręcone kolano z pęknięciem kości… A na sam koniec stracenie wiary w cały napompowany rowerowy półświatek.

Wiesz tęsknię trochę za starymi czasami, gdzie nikt Cię nie oceniał i każdy jechał swoje. Zeszły rok mocno mnie zmienił, nie ma połowy tej Sonii, która była w 2017. Strasznie tęsknię za Mamą i strasznie boli mnie to, że tak ją życie doświadczyło od najmłodszych lat. Nic z tego życia nie miała poza wychowaniem mnie, brata i namiastki swoich sukcesów poprzez moje. Była i jest najlepszą Mamą! Żal mi ludzi, którzy mają do bani rodziców bez okazywania miłości i wsparcia…

Co do startów, to nie chcę się ścigać w tym roku. Potrzebuję odnaleźć się na nowo w tym wszystkim. Za dużo psychicznie kosztował mnie zeszły rok i na ten moment najwięcej frajdy sprawia mi moja praca. Nie robię hucznego pożegnania, jak niektórzy, bo wiem, że kiedyś wrócę. To takie French leave ;)

Mama – największe wsparcie Sonii.

W ogóle Twoje rowerowe początki nie były usłane różami. Wciąż pokazujesz, że jeśli się czegoś bardzo chce i konsekwentnie to robi, to można osiągnąć sukces – co poradziłabyś początkującym?

Sama nie wiem co bym poradziła, nie jestem raczej ciocią dobrą radą, ale wiem jedno, że to nasze młodzieńcze lata kształtują nas najmocniej. Jedno też jest pewne: albo Ty trzymasz byka za rogi albo byk trzyma Ciebie na rogach. Często byk jest sytuacjami w naszym codziennym życiu, trzeba cisnąć i nie jojczeć, robić to co sobie zamarzysz. Życie jest krótkie, dziś jesteś jutro Cię nie ma, a ograniczenia zostaw dla innych. Świetny przykład to w sumie ja – z bramy na scenę, taką downhillową. Może nie jestem mistrzynią świata, ale jestem królową życia dla samej siebie. Uwaga, czasem będzie bolało!

Co planujesz w obecnym sezonie?

Skupić się na odpoczynku od całego zawodniczego zgiełku, kontraktów itp. Stawiam na prowadzenie własnej działalności, bo mam mega z tego frajdę.

Zdjęcie: Tomasz Góralczyk

Jakie jest Twoje rowerowe marzenie, pojeździć z kimś znanym albo jazda w konkretnym bike parku?

Nie mam takich marzeń, ja chcę po prostu zawsze być na rowerze. Gdybyś zapytała mnie o prywatę, to odpowiedziałabym, że chcę mieć swoje cztery kąty i zawsze być zdrową. Tyle i aż tyle. Tym zwyczajnym akcentem mówię cześć, niech każdy jedzie swoje i będzie królem swojego życia!

Dziękuję za rozmowę!

Zdjęcie: Tomasz Góralczyk

Śledźcie poczynania Sonii na: