REKLAMA

Są takie pary, z którymi aż chce się przebywać – Ewa i Artur to właśnie jedna z nich. Skromni, pracowici i przyjaźnie nastawieni do otoczenia. Razem jeżdżą na zawody, wspólnie prowadzą studio treningu personalnego w Zgierzu. Jak stworzyć zgrany duet z wielokrotnym mistrzem Polski DH opowie nam Ewa, żona Artura Miśkiewicza.

Artur i Ewa Miśkiewicz

Justyna John, 43RIDE: Cześć Ewo, znamy się już tyle lat… Pamiętam nasze pierwsze spotkanie – to były Kluszkowce, a Artur zabrał Cię na Joy Ride. Lubisz nasz mały, pokręcony, zjazdowy świat?

Ewa Miśkiewicz: Oj tak, bardzo – choć przyznaję, że nie była to miłość od pierwszego wejrzenia 😆 Na początku kiedy pierwszy raz pojechałam z Arturem na zawody, byłam lekko przerażona poziomem trudności tras i tym samym odwagą zawodników. Tym bardziej, że ze sportem ekstremalnym nie miałam wcześniej do czynienia. Minęło już sporo czasu od tamtego momentu i mogę śmiało powiedzieć, że po tylu latach nawet czuję się jego częścią – choćby w sferze mentalnej. Podczas inauguracji sezonu zawsze bardzo miło jest zobaczyć te same twarze, porozmawiać, po prostu pobyć razem. 

Przed powrotem do Polski mieszkaliście w Wielkiej Brytanii. Artur również tam jeździł po lokalnych traskach. Czy już wtedy towarzyszyłaś mu w treningach i startach?

W Wielkiej Brytanii czy w Polsce schemat jest taki sam – planujemy wspólnie czas na treningi i wówczas każdy z nas robi swój, Artur na rower, a ja biegam. Z uwagi na deficyt czasowy musimy maksymalnie kompilować czas i wspólne treningi w plenerze pozostają na razie w sferze marzeń. Natomiast treningi indoorowe czasem udaje nam się odbyć w naszym studio treningu personalnego, podczas którego przekazujemy sobie wiedzę o nowinkach i trendach fitness oraz dzielimy się naszymi  doświadczeniami. 

Natomiast zgoła inaczej wygląda sprawa z zawodami – tam staram się zawsze towarzyszyć Arturowi. Wiem, że wtedy jestem jemu potrzebna do zorganizowania całego zaplecza, aby on mógł skupić się wyłącznie na ściganiu.

Jesteś bardzo aktywna fizycznie, sama też jeździłaś na rowerze. Nie ciągnęło Cię do bardziej ekstremalnych odmian kolarstwa?

Jeżdżę na rowerze bardzo amatorsko delikatne XC po lokalnych traskach, ale nigdy nie zdecydowałabym się na downhill! Śmieję się, że poziom adrenaliny i rywalizacji w naszym związku w całości zostaje wyczerpany przez Artura 😆

I nie mam z tym najmniejszego problemu – nie muszę naśladować męża, aby być dla niego atrakcyjnym i ciekawym człowiekiem. Każdy z nas ma swoje zainteresowania, które wzajemnie szanujemy i pielęgnujemy tę niezależność.

Każde z Was pracowało osobno, w branżach niezwiązanych ze sportem – skąd pomysł na własne studio treningu personalnego?

Od zawsze czerpałam przyjemność z uprawiania sportu i pracując w korporacji myślałam jak się zorganizować, aby znaleźć czas na codzienne treningi. Aż w końcu stwierdziłam, że chciałabym kochać to co robię i stąd pomysł o otworzeniu studia treningu. 

Teraz możemy ćwiczyć razem z klientami cały dzień, nie czekając na odpowiednią porę, a biurko i krzesło zamieniliśmy na hantelki i bosu – zdecydowanie tak wolę.

A jak wplatacie w to treningi Artura i które z Was układa plany treningowe?

Plany treningowe to proces, który tworzyliśmy latami – korygowaliśmy błędy, dostosowywaliśmy do nowych sytuacji – stylu i czasu pracy, aż stworzyliśmy plan działania, który jest dopasowany do specyfiki naszej pracy i póki co się sprawdza, więc nie zamierzamy go zmieniać. W tygodniu trenujemy w przerwie pomiędzy treningami z naszymi klientami, czyli 12-15. Od poniedziałku do soboty to jest 2x rower, 1x bieganie, 1x motocross, 1-2 x kalistenika, a w niedziele jest to zawsze 2h jazdek rowerowych z lokalnymi riderami i jest to czas zarówno treningowy, jak i towarzyski. Mój rozkład treningowy wygląda nieco inaczej, ale nie o mnie tu mowa…

Oboje macie ukończone liczne szkolenia z tematyki okołosportowej, a kto u Was odpowiada za kwestie żywieniowe?

Kwestie żywieniowe to moja działka zdecydowanie. Od zawsze tematyka zdrowego żywienia mnie interesowała, aż w końcu postanowiłam zająć się tym zawodowo. Zdobyłam odpowiednie wykształcenie w Polskim Instytucie Dietetyki i od tego czasu z dyplomem dietetyka pomagam ludziom dobrać odpowiedni jadłospis i skomponować plan żywieniowy. Tym samym zajmuję się w domu – wszystkie przepisy testujemy najpierw sami. Uważam, że często nie doceniamy roli jaką odgrywa odpowiednie żywienie w naszym życiu, tym bardziej w życiu sportowca – jakie ono ma przełożenie na trening, a w konsekwencji na wyniki sportowe. Odpowiednio skomponowana dieta jest jak najlepsze paliwo – im lepsze wlejemy tym lepiej auto (zawodnik) pojedzie – tak samo jest z organizmem sportowca. 

Jest czas na przygotowanie organizmu do startu, jest też czas na same starty – jak wygląda Wasz typowy dzień w okresie startowym Artura?

Nasz typowy dzień składa się z dwóch głównych elementów: pracy i treningu. Wstajemy o 6:30, mamy swój rytuał wspólnej porannej kawy i rozmowy, a następnie każde z nas rozpoczyna dzień lekkim rozruchem około 15 minut. Następnie toaleta i wspólne śniadanie – koniecznie z przeczytaniem na głos sentencji dnia. Praca do 12:00, a potem czas na trening właściwy. Tak jak mówiłam wcześniej, w zależności od dnia może to być trening outdoor lub indoor. Następnie obiad i powrót do pracy, gdzie spędzamy czas do 22:00. Jeśli chodzi o naszą pracę, to czas startowy nie różni się niczym od okresu nie startowego. Prowadząc firmę, w której pracujemy sami, każdy dzień wygląda podobnie, niezależnie czy jest to sezon zimowy czy letni. Stanowi to ewidentnie utrudnienie dla zawodnika, który rywalizuje z osobami dysponującymi większym zapleczem czasu wolnego – ale nie narzekamy – dajemy radę 💪

A podczas roztrenowania? Pozwalacie sobie na totalny luz bez żadnej aktywności fizycznej i z ulubionym, włoskim jedzonkiem?

Nie rozgraniczamy tak czasu – jesteśmy spójni przez cały rok i staramy się mieć zdrowy stosunek do żywienia i treningów. Będąc na wakacjach również trenujemy – każdy dzieńzaczynamy od 10km przebieżki, ale nie robimy tego z przymusu, tylko dla lepszego samopoczucia – jest to dla nas tak oczywiste jak dla kogoś umycie zębów! Trening jest integralną częścią naszego życia, niezależnie czy jesteśmy w domu czy na wakacjach. W kwestii żywienia stosujemy zasadę 80/20, czyli 80% naszego życia to zdrowe jedzenie, a 20% to czas kiedy można sobie pofolgować – ale żeby była jasność – nie mam tu na myśli jedzenia kebabów, fast foodów itp., tylko degustowanie naszych ukochanych włoskich przysmaków, które są nieprzetworzone, tylko proste i naturalne. 

Zdjęcie: Jacek Kaczmarczyk

Sport to także aspekty psychologiczne, a Arczi jest jednym z najdłużej ścigających się zawodników na polskiej scenie DH. Jak radzicie sobie z gorszą dyspozycją Artura, kontuzjami i zniechęceniem, które co jakiś czas dopada każdego zawodnika?

Przyjmujemy ten czas pokornie – wiadomo, w trakcie ponad 20-letniej kariery zawodnika trudno o permanentną tendencję zwyżkową. Były też momenty słabsze w dyspozycję siłową czy psychologiczną. Jak sobie radzimy? Mamy jedną dewizę zaczerpniętą z jednego z wywiadów Mai Włoszczowskiej, która opowiadała, co zwykł mówić jej trener Marek Galiński: „Rób swoje!!!”. I my też tak podchodzimy do tematu, niezależnie jak bardzo nam się chce, czy mamy motywację do treningu, czy jesteśmy czymś przygnębieni, bo wiadomo życie składa się z różnych wydarzeń, to po prostu trening musi zostać wykonany – podchodzimy do tego zadaniowo. Tak samo jak nikt nie zastanawia się czy umyć zęby wieczorem czy nie, my traktujemy trening – trzeba/należy go wykonać zgodnie z planem. Ta rutyna weszła nam w krew i na szczęście obecnie nie mamy z tym problemu.

Jakie towarzyszą Ci emocje podczas startów Artura i jak sobie radzisz z ewentualnym strachem, obawami?

Po tylu latach nauczyłam się już, że nie mogę się bać – po pierwsze dlatego, że to i tak nic nie da. DH jest integralną częścią jego życia i nie przestanie robić czegoś, co kocha – pytanie po co miałby to robić? Żebym przestała się martwić? Przecież niebezpieczeństwa czyhają wszędzie w każdej dziedzinie i życia i sportu, więc zamartwiałabym się czymś innym. Po drugie – żyłabym w ciągłym strachu – przecież poważnej kontuzji może nabawić się nie tylko podczas startów, ale również na treningu – zatem moje życie przepełnione byłoby strachem. Ale najważniejszą rzeczą która mnie uspokaja i powoduje, że nie trzęsę się ze strachu, jest zaufanie jakie mam do Artura. On doskonale zna swoje możliwości i nie robi nic, czego nie jest pewien. Myślę, że to przychodzi również z wiekiem – jeździ bardziej asekuracyjnie, bo zdaje sobie sprawę ile ryzykuje. Oczywiście, zawsze towarzyszy mi dreszczyk emocji stojąc na mecie i wyczekując go na trasie, ale jest to ekscytujące doznanie.

Czy pamiętasz moment w karierze Artura, który był dla Ciebie najtrudniejszy?

Zdecydowanie pamiętam – Wisła 2019 to czarny punkt w naszej historii. Wszystko szło jak należy: odpowiednie przygotowanie kondycyjne – przejazdy treningowe, które szły jak należy bez żadnego upadku czy problemu technicznego – nastawienie mentalne – Arczi był wręcz głodny sukcesu. Ale los chciał inaczej, podczas przejazdu eliminacyjnego doszło do przewrotki, a w finale Artur przewrócił się 2 razy i zakończył zawody na 14 miejscu w swojej kategorii i tym samym zaprzepaścił szansę na obronę tytułu Mistrza Polski. Do dziś pamiętam drogę do domu – ponad 350 km tłumaczenia, motywowania, że czasem tak bywa, że nie mamy monopolu na wygrywanie, że sport bywa nieprzewidywalny – możesz być w 100% przygotowany, a on i tak zaserwuje Ci jakąś niespodziankę. Przykłady możemy mnożyć począwszy od polskiej sceny downhillowej po sławę międzynarodową choćby Grega Minnaara czy Sama Hilla i jego legendarnym upadku w Val di Sole. Wielu z nich doświadczyło podobnych historii, a pomimo to udało im się wspiąć na szczyt i według mnie to świadczy o klasie zawodnika.

To teraz przejdźmy do czegoś milszego – chwila, którą zapamiętałaś jako najpiękniejszą w dotychczasowej karierze Artka.

Fantastycznych momentów było wiele – trudno wybrać jeden najpiękniejszy. Na pewno bardzo wzruszające było zdobycie przez Artura po raz pierwszy tytułu Mistrza Polski w 2013 roku. Wiadomo, pierwsza koszulka MP była dla nas ogromnym przeżyciem, tym bardziej, że zdobył ją po 13 latach treningów. Każde Mistrzostwa to wyjątkowa impreza, na którą czekamy cały rok i zdobycie koszulki jest czymś niesamowitym, ale ten pierwszy raz zawsze smakuje najlepiej. 

Zdjęcie: Jacek Kaczmarczyk

Czy z perspektywy czasu jest coś, co zmieniłabyś w Waszej wspólnej drodze do sukcesów Artura?

Jedyną rzeczą jaką chcielibyśmy zmienić to na pewno większa ilość odpoczynku i regeneracji. Pracujemy po kilkanaście godzin dziennie, a do tego doliczmy jeszcze własny trening, to czasu na odpoczynek zostaje naprawdę niewiele. A z biegiem lat, kiedy jesteśmy coraz starsi, procesy regeneracyjne w naszym organizmie zachodzą też wolniej. 

Dziękujemy za poświęcony czas i życzymy Wam dalszych wspólnych sukcesów!

Śledźcie poczynania Artura na: